Wojciech Piotrowicz kończy grę w reprezentacji Polski. Mecze z Chorwacją w Makarskiej 28 lutego oraz ze Szwecją, zapewne w Trójmieście 11 kwietnia, będą ostatnimi występami w narodowych barwach łącznika ataku Energi Ogniwa Sopot. - To trudna decyzja, bo dzięki rugby mam wszystko. Chcę grę w kadrze zakończyć pobiciem rekordu punktowego wszech czasów. Jak się uda będę przeszczęśliwy. Jak nie, ale awansujemy do Rugby Europe Championship, to będę szczęśliwy - mówi nam 36-letni zawodnik, który próbować będzie poprawić osiągnięcie Dawida Banaszka z Arki Gdynia.
Maciej Słomiński - www.trojmiasto.pl
Maciej Słomiński: Kończy pan grę w reprezentacji Polski w rugby, jakie są przyczyny tej decyzji?
Wojciech Piotrowicz: Przede wszystkim rodzinne. Temat zakończenia gry w kadrze ciągnie się od 2023 r., gdy przekonałem moją żonę, że rywalizacja w dywizji Championship będzie spełnieniem moich marzeń. Zgrupowania reprezentacji były w Gdańsku, mogłem je pogodzić z pracą. Kosztowało mnie to bardzo dużo pod względem fizycznym, psychicznym i rodzinnym. Mój dzień podczas zgrupowania kadry zaczynał się o 7 rano, gdy jechałem do pracy, w której byłem 2,5 godziny, potem urywałem się na pierwszy trening reprezentacji - siłownia plus boisko. Stamtąd wracałem do pracy, następnie do hotelu na obóz kadry, drugi trening i dopiero po nim jechałem do domu. Kilkanaście godzin poza domem, to był czas, gdy urodziła mi się córka, żona potrzebowała pomocy jak nigdy wcześniej. Ostatecznie zgodziła się, bym spełniał marzenia, nie było kłótni i nieporozumień jednak jestem człowiekiem myślącym dlatego odczytałem sygnały, które wysyłała. Ciężko jest z dnia na dzień skończyć to co robi się od 30 lat, bo w tym roku mija tyle od kiedy zająłem się rugby.
Jakiś benefis z tej okazji jest planowany, jakiś event?
Z tej okazji w tym roku pod koniec maja lub na początku czerwca urodzi mi się drugie dziecko, tym razem syn - to będzie ten event.
Gratuluję, trudno o piękniejszy prezent.
Odwlekałem decyzję o zakończeniu gry w kadrze jak mogłem, jeszcze rok, jeszcze to zgrupowanie i jeszcze następne. Kulminacyjny moment i decyzja o zakończeniu gry w kadrze to druga ciąża żony. Mieszkamy w Gdańsku, nasze rodziny są w Lublinie więc jesteśmy zdani na siebie. Rodzina się rozrasta, awans w pracy, coraz więcej mnie to kosztuje, bo wszystkie wolne dni wykorzystywałem na reprezentację, teraz będę spędzał je z rodziną. W marcu kończę 36 lat, to dobry moment, żeby zejść ze sceny niepokonanym. Decyzja nie jest łatwa, mimo że czasem ciężko jest podnieść się po meczu, to dalej to kocham i cały czas czuję że jestem w sztosie. Gry w Ogniwie Sopot absolutnie nie kończę, chcę grać jak najdłużej. Na razie jestem w klubie grającym asystentem trenera, spełniam się w tej roli.
Już na wyjazdowy mecz z Litwą jesienią ubiegłego roku nie pojechał pan na prośbę żony.
Ona się źle czuła więc podjęliśmy wspólnie decyzję, że ten mecz odpuszczę. To był pierwszy mocny sygnał, że ona potrzebuje mnie bardziej niż wcześniej. Czas najwyższy zająć się rodziną, bo 30 lat życia poświęciłem rugby. To sport, któremu zawdzięczam wszystko, nawet to że mam żonę.
Poznaliście się na meczu?
Nie. Po skończeniu gimnazjum nie dostałem się do żadnego z liceów, które wybrałem w Lublinie. Dzięki panu Maćkowi Powale-Niedźwieckiemu, legendzie nie tylko lubelskiego rugby, dostałem się do XIX liceum i tam poznałem moją żonę. Dzięki rugby zwiedziłem wiele krajów, dzięki rugby trafiłem do Sopotu, dzięki rugby mam tu pracę, dzięki rugby mamy mieszkanie w Gdańsku. Dlatego dla mnie decyzja o końcu gry w kadrze jest tak trudna, spokojnie mógłbym pograć jeszcze kilka lat. Ale słowo się rzekło, chcę grę w kadrze zakończyć zwycięstwem w Rugby Europe Trophy i awansem do Rugby Europe Championship.
Jak pana decyzję przyjęli selekcjonerzy kadry - Kamil Bobryk i Tomasz Stępień?
Kamil to mój wieloletni kolega z reprezentacji, mamy świetną relację. Powiedział tylko: "Wojtas, ściśnij pewną część ciała, żebyś chociaż do Szwecji dograł". Problemem jest, nie dodając nic sobie, że nie mamy nie wiadomo ilu następców.
Padło nazwisko Macieja Powały-Niedźwieckiego, który informuje że Dawid Banaszek ma 249 punktów dla reprezentacji w 43 meczach, a Wojciech Piotrowicz 217 w 32 meczach. Jak pan to skomentuje?
Dawid od zawsze był moim wzorem do naśladowania. Pamiętam jak przyjeżdżał na mistrzostwa Polski juniorów czy kadetów do Lublina i on wtedy już był na topie. Zawsze mówiłem, że chcę grać jak on, bo był świetnym zawodnikiem, był we Francji, był najlepszą 10 w Polsce od wielu lat. Jednak ja zawsze stawiałem sobie wysokie cele i chcę zdobyć 33 punkty w dwóch meczach, które mi zostały i pobić jego rekord. Oczywiście nie będę grał samolubnie, ale jak popatrzę na statystyki to średnio około 12-15 punktów na mecz zdobywam. Rekord jest to w zasięgu. Jeżeli się nie uda, to żadna ujma, bo będę drugim najlepiej punktującym w kadrze zawodnikiem wszech czasów w polskim rugby.
Nie ma krzywdy.
Ta klasyfikacja potwierdza to co mówiłem o braku następców, trzeci w niej jest pan Janusz Urbanowicz, sporo starszy ode mnie i Dawida. Czy będę pierwszy czy drugi, nasze nazwiska będą w tej tabeli na lata. Być może moje dwa ostatnie mecze zakończą się wynikami 7:3 albo 10:6 i będzie po ptakach, ale Chorwaci grają otwarte rugby, a ostatni mecz ze Szwecją zagram blisko domu więc rekord jest w zasięgu. Jak się uda będę przeszczęśliwy, jak nie, ale awansujemy do Championship to będę szczęśliwy.
Mówił pan o dzieleniu dnia między reprezentację i pracę zawodową. Komuś nie obeznanemu z realiami polskiego rugby mogą zjeżyć się włosy na głowie. Do pracy na 7 rano nie muszą chodzić piłkarze z III ligi, a tu mówimy o zawodniku, który jest drugim albo pierwszym najskuteczniejszym w historii reprezentacji Polski.
Nie chcę narzekać, to była moja niezależna decyzja. Zależało mi na pracy i zależało na grze w kadrze. Mogłem być trochę tu i trochę tu więc tak zrobiłem. Jestem osobą, która dba o swoje podwórko, chciałem w pracy przypilnować wszystkiego i nie stracić miejsca w reprezentacji. Nie chciałem brać wolnego, żeby potem te dni przeznaczyć dla rodziny.
Boli serce jak się tego słucha.
Byłem w wielu miejscach, byłem w Championship, byliśmy na sparingu U-20 z reprezentacją Walii. Widziałem jak są ułożone struktury, jak zawodnicy odpoczywają, jak jedzą, jakie mają zajęcia, co robią, jak są ubrani. U nas bardzo wiele rzeczy kuleje. Nie chcę rozmawiać o związku, bo to temat na oddzielny wywiad. Jest jak jest, jest słabo, każdy o tym wie. Trenerzy kleją kadrę na ile mogą. Uważam, że dopóki Ekstraliga nie stanie się profesjonalna, a zawodnicy nie będą mogli poświęcić się rugby i mieć z tego jakieś pieniądze, to nic z tego nie będzie. Idąc dalej, jeżeli będziemy mieli profesjonalnych zawodników, będziemy mogli tworzyć profesjonalną reprezentację.
Mówił pan o tym, że udało się posmakować dywizji Championship. Rywalizowaliście jak równi z Belgią, Niemcami i Holandią, ale już z Rumunią czy Portugalią była miazga. Jaka była największa różnica w grze reprezentacji Polski i rywali z wyższej półki?
Z innymi zawodnikami jesteśmy zgodni, każdy mecz reprezentacji był pod względem wysiłku jak finał Ekstraligi. Przygotowania były bardzo profesjonalne, odbiór trenera Chrisa Hitta w opinii publicznej był różny, ale prawda jest taka, że on naprawdę stawał na rzęsach, żebyśmy byli jak najlepiej przygotowani pod względem fizycznym. Jeśli gralibyśmy na podobnym do rywali poziomie w rugby, a nie mielibyśmy siły, wyniki byłyby podobne. Postawiliśmy na to, żeby wytrzymać 80 minut z silniejszym przeciwnikiem. Nie zbudowaliśmy w pół roku reprezentacji, która będzie w stanie rywalizować na poziomie Championship, bo tak się nie da. To jest proces, który trwa wiele lat. Trzeba zgłosić drużynę do Super Cup jak to zrobili Czesi, którzy też niebawem nam odjadą. Zresztą nie jestem działaczem, sprawy organizacyjne to nie moja działka.
Jakie będzie pan miał najlepsze wspomnienia z reprezentacji?
Na myśl przychodzą dwa mecze. 14:13 z Holandią na stadionie Widzewa Łódź w 2017 r. i mój kop na słupy na wagę wygranej. I przede wszystkim 21:16 z Niemcami w 2021 r. w Gdyni, gdy zdobyłem wszystkie punkty w meczu dla biało-czerwonych z karnych. Niesamowity mecz, w którym jeszcze dwie minuty przed końcem meczu to rywale prowadzili. Pamiętam, że do przerwy przegrywaliśmy 3:13 i tę ciszę w szatni. Nikt nic nie mówił, nie dlatego że byliśmy załamani, ale nikt nie miał siły. Wszyscy leżeli na podłodze, a para unosiła się z naszych ciał. To chyba nasz kapitan Piotr Zeszutek pobudził nas do walki krzycząc: "Panowie, my wygramy ten mecz!". Miał rację, niesamowita walka z odwiecznym rywalem. A jeśli chodzi o rozgrywki klubowe to drop-gol na sam koniec meczu z Budowlanymi Łódź, który dał mistrzostwo Polski dla Ogniwa Sopot w 2019 roku.
O Ogniwo nie pytałem, ale jeśli już jesteśmy przy tym temacie - czy wolałby ostatni mecz w reprezentacyjnej karierze ze Szwecją rozegrać w Gdyni czy w Sopocie? Pytam, mimo że ostatnie doniesienia są takie, że Sopot wycofał wniosek o organizację tego meczu.
Z Gdyni mam piękne wspomnienia jak ten mecz z Niemcami, jednak od 11 lat jestem w Sopocie, śmiało mogę powiedzieć, że jestem ogniwiakiem, nie wyobrażam sobie gry w innym klubie, tu osiągnąłem największe sukcesy sportowe. Bardzo wiele zawdzięczam temu klubowi i wszystkim ludziom z nim związanym więc myślę, że to byłoby fajne zwieńczenie kariery reprezentacyjnej zagranie na stadionie, w którym czuję się jak w domu. Zresztą to będzie ostatni mecz również dla kapitana kadry i wychowanka Ogniwa, Piotra Zeszutka. Tutaj też zdobywaliśmy mistrzostwa Polski, srebrne i brązowe medale, wygrywaliśmy trudne mecze. Jeżeli miałbym wskazać miejsce, to zdecydowanie wolałbym Sopot, jednak jeśli okaże się to niemożliwe, będę zawiedziony niemniej podejmę rękawicę w Gdyni czy gdzie indziej.
Nazwisko Piotrowicz jest nierozerwalnie związane z lubelskim rugby, jednak pan został jednym z symboli Ogniwa Sopot.
Po drodze jeszcze grałem w Siedlcach gdzie zdobyłem pierwszy medal mistrzostw Polski w kolorze srebrnym. Lublinowi bardzo dużo zawdzięczam, nie ma złej krwi absolutnie. Wywodzę się z tego miasta, mam mnóstwo fajnych wspomnień, tam się ukształtowałem jako sportowiec. Po grze w Siedlcach zadzwonił do mnie Michał Adamczewski z Łodzi, że jest opcja gry w Szkocji w Cartha Queens Park. W momencie kiedy byłem w pociągu na lotnisko zadzwonił do mnie Bartosz Marczyński z propozycją gry dla Ogniwa. Byłem tydzień w Szkocji, ale nie mogłem przestać myśleć o sopockiej ofercie. To moja żona i ojciec Wiesław, przez lata czołowy sędzia rugby, mnie namówili na ten Sopot, przekonując że tu sobie ułożę życie. Mieli rację, chociaż mam mały niedosyt, że nie spróbowałem sił w klubie zagranicznym. Klub Cartha Queens Park współpracuje z Glasgow Hawks, gdzie grał Mateusz Bartoszek, to klub ze szkockiej Premiership, może ten poziom był za wysoki, ale na jego zaplecze bym się załapał? Czasem o tym rozmyślam, aczkolwiek niczego nie żałuję, jestem szczęśliwy tu gdzie jestem, jestem spełniony jako rugbista. Ktoś powie, że ta nasza Ekstraliga to dziadostwo, ale zapraszam do rywalizacji, mam 10 medali - dwa złote, sześć srebrnych i dwa brązowe. Mam żonę, będę miał parkę dzieci, mam mieszkanie, mam dobrą pracę, patrząc w przeszłość absolutnie nie mam czego żałować.
To jaki medal w tym sezonie zdobędzie Energa Ogniwo Sopot? Pozycja wyjściowa na półmetku ligi jest obiecująca.
Bez dwóch zdań naszym celem jest złoto, mówię to głośno, chcemy wrócić na szczyt. Wszystko jest w naszych rękach i nogach. Bardzo ciężko pracujemy, jesteśmy głodni tego medalu. W ostatnim latach nie wzmacnialiśmy składu, to dało stabilizację. Bardzo wysoko oceniam pracę trenera Toma Fidlera, który kontynuuje to co zaczął Karol Czyż. Nabraliśmy wiatru w żagle po remisie z Siedlcami, to był taki zwycięski remis. O Pogoni Siedlce mówi że na polskie warunki to Real Madryt, bardzo mocna drużyna, mają świetnych polskich zawodników i robią ciekawe transfery zagraniczne. Na jesień po latach wygraliśmy z Orlen Orkanem w Sochaczewie, z którego odszedł teraz Pieter Steenkamp, zawodnik kompletny na pozycji numer 10, potrafi kopać, rozgrywać, podawać. Szacunek dla niego. Szkoda, że wrócił do siebie do Namibii, liga wiele straci.
Do Ogniwa Sopot przyszedł teraz australijski zawodnik Cooper Hansen, który teoretycznie może grać na pana pozycji, jak pan to odbiera?
Absolutnie tego nie odbieram, że przyszedł ktoś w moje miejsce. Przyszedł chłopak, który jest młody, bo ma 23 lata, który na pierwszy rzut oka bardzo dobrze czyta grę, co mogę powiedzieć po obserwacji na treningach. Jest w naszym zespole zdrowa rywalizacja o pozycje. Mając 36 lat wiem w którym miejscu jestem. Być może władze klubu uznały, że potrzebny jest powiew świeżości? Dla klubu to wzmocnienie, jestem na tyle doświadczonym zawodnikiem, że mogę zagrać na różnych pozycjach. Z tego co wiem zawodnik z Australii też jest wszechstronny. Trener Fidler będzie miał przyjemny ból głowy jak to pokładać. Jeżeli się okaże, że Cooper Hansen będzie wartością dodaną dla naszej drużyny, to nic tylko się cieszyć.
Ma pan już plan co dalej po karierze, która kiedyś się skończy?
Chciałbym zostać przy rugby. Miałem w sportowym życiu wielu trenerów i wiele widziałem. Na młynie nie znam się w ogóle, ale umiem kopać, rozgrywać, planować, przewidywać - wiem co ma robić na boisku numer 10 - łącznik ataku, który jest mózgiem każdego zespołu. Chciałbym w przyszłości szkolić następców, przyszłe 10, czy to we współpracy z Polskim Związkiem Rugby czy na własną rękę. Być może nie jestem wybitnym zawodnikiem, ale znam tę pozycję od podstaw, wiem na co zwrócić uwagę i wiem, że mogę się swoją wiedzą podzielić z innymi. Chcę pokazać młodym ludziom krótszą drogę do tego jak stać się pełnowartościową 10.